Babskie Bielsko
Pierwszy na Podbeskidziu!

Swoje ciało szanuję bardzo” — rozmowa z Katarzyną Kwiecień

Jakiś czas temu miałam przy­jem­ność spotkać się z Katarzyną Kwiecień – piercerką, dzi­ałaczką grupy Hooked Friends. Ta roz­mowa przyniosła ze sobą sporo ciekawych wątków i otworzyła mi oczy na pewne kwestie. Jest dowo­dem na to, że wokół nas żyje wielu ludzi, którzy swoim hobby, zaję­ciem speł­ni­ają także misję „otwiera­nia nas na inność”.

Kinga Motyka: Czym zaj­mu­jesz się na co dzień?

Katarzyna Kwiecień: W obec­nej chwili moje życie dzieli się na dwie sfery – pracuję jako grafik, co jest zgodne w pewien sposób z moim wyk­sz­tałce­niem, równocześnie pracuję także w stu­dio tat­u­ażu i zaj­muję się tam piercingiem.

K.M: Czy wykony­wana przez Ciebie praca jest jed­nocześnie Twoją pasją?

K.K: Tak, na szczęś­cie każda z moich prac jest moją pasją, jest czymś, co bardzo lubię robić i mogę się w tym cały czas rozwijać.

K.M: Czy zaob­ser­wowałaś obec­nie jakieś trendy w tema­cie piercingu?

K.K: Ciężko jest mówić o jakichś konkret­nych tren­dach ze względu na to, że mnie szukają specy­ficzni klienci, nie szukają mnie ludzie, którzy gen­er­al­nie chcą się przekłuć, a raczej osoby, które chcą dokonać przekłu­cia bardziej skom­p­likowanego. Od ponad dwóch lat zaj­muję się głównie wykony­waniem tzw. pon­ad­stan­dar­d­owego piercingu, są to np. przekłu­cia powierzch­niowe. Robię implanty, mam bardzo dużo chęt­nych na przekłu­cia intymne damskie, gdyż jestem w okol­icy Śląska jedyną kobi­etą zaj­mu­jącą się tym, stąd też taka ilość zle­ceń. Zdarzają się rzeczy mod­niejsze, tzw. serie klien­tów wykonu­ją­cych te samo przekłu­cie, ale ciężko jest mówić o czymś dominującym.

K.M: Ale możemy mówić o pewnym postępie? Pamię­tam, że kilka lat temu spo­tykało się osoby z przebitym pęp­kiem, nosem czy językiem… Teraz tych miejsc na ciele, które ludzie przekłuwają, jest więcej, czyż nie?

K.K: Tak, gdy zaczy­nałam swoją drogę zawodową, była pewna stan­dar­d­owa ilość przekłuć. Wielu miejsc się nie przekłuwało ze względu na to, że nie była to w Polsce dziedz­ina na tyle rozwinięta, żeby móc stwierdzić, czy coś jest pewne, bez­pieczne itp. Teraz, z racji tego, że mamy takie otwar­cie na świat, jest Inter­net, wszys­tko łatwiej do nas przy­chodzi, miejsc, które przekłuwamy jest coraz więcej. Jeżeli jakaś nowość ukaże się w branży, np. w USA, za miesiąc lub dwa jest to dostępne u nas, w Polsce. Jest to możliwe ponieważ można korzys­tać z doświad­czenia ludzi mieszka­ją­cych na drugim końcu świata. Kiedyś ist­ni­ały ograniczenia np. w dostęp­ności kol­czyków, narzędzi, a teraz zamaw­iasz wszys­tko przez Inter­net i za kilka dni masz w swoim studio.

K.M: Jakie było najbardziej niety­powe zlece­nie otrzy­mane do tej pory?

K.K: Gen­er­al­nie nie uważam, żeby jakiekol­wiek miejsce było niety­powe. Każda część ciała, którą posi­adamy jest typowa, nato­mi­ast są przekłu­cia, które nie posi­adają żadnych walorów poza este­ty­cznymi, są przekłu­ci­ami „na chwilę”, ponieważ są nieprak­ty­czne i właś­ci­wie niemożliwe do wygo­je­nia. Staram się takich rzeczy nie robić, ale jeśli klient się upiera i po wymi­anie argu­men­tów za i prze­ciw, mając świado­mość obciążeń, jakie ze sobą niesie to przekłu­cie, jest zde­cy­dowany, to robimy to, doku­men­tu­jemy. Najczęś­ciej kończy się jed­nak tak jak mówiłam. Klient wraca, ponieważ przekłu­cie było na tyle nieprak­ty­czne, że musi zrezyg­nować. Takim miejscem, które bardzo efek­townie wygląda, ale jest total­nie nieprak­ty­czne, jest skóra miedzy kciukiem a pal­cem wskazu­ją­cym. Nie dość, że ręką cały czas pracu­jemy, to dochodzą do tego kwestie higieny. Osoba, która najdłużej wytrzy­mała z tym przekłu­ciem, wytrzy­mała trzy miesiące!

Nie robię także przekłuć, które grożą utratą zdrowia, czy są niebez­pieczne dla życia, np. przekłu­cie powieki gałki ocznej lub prze­chodzące pod koś­cią obo­jczyka. To drugie jest o tyle niebez­pieczne, że prze­b­ie­gają tam tęt­nice i przy ich narusze­niu można się np. wykr­wawić. Na szczęś­cie w mojej branży ist­nieje pewne poczu­cie etyki zawodowej i wybi­jamy ludziom z głowy takie rzeczy. Rozu­miem potrzebę bycia prekur­sorem, pokony­wa­nia pewnych barier. Gdyby ludzie tego nie robili, ten zawód by nie ist­niał, ale są rzeczy, które z założe­nia są złe.

K.M: Czy mogłabyś stworzyć szablon Two­jego typowego klienta?

K.K: Kol­czykują się ludzie nieza­leżnie od płci, nieza­leżnie od wieku czy od wykony­wanych zawodów… Jedyna praw­idłowość jest taka, że jeżeli ktoś pracuje w zawodzie, gdzie pewne rzeczy nie mogą być eksponowane, kol­czykuje się oraz tatu­uje w miejs­cach, które można schować pod tzw. zawodowym uni­formem. Moja najs­tarsza klien­tka miała siedemdziesiąt-​kilka lat. Moją zasadą jest to, że nie przekłuwam osób poniżej 16 roku życia, ponieważ pol­skie pra­wodaw­stwo jest takie, że po 16 roku życia osoba może stanowić sama o sobie, o zab­ie­gach medy­cznych… Abso­lut­nie nie przekłuwam małych dzieci! Uważam, że jeżeli ktoś się zde­cy­duje na zabieg u mnie, musi być świadomy kon­sek­wencji, które niesie ze sobą ta decyzja.

K.M: Nawet uszy?

K.K: Nawet uszy. Sądzę, że jakakol­wiek ingerencja w ciało powinna być związana ze świadomą chę­cią tej zmi­any oraz samodzielną umiejęt­noś­cią zad­ba­nia o te miejsca przekłute. Przekłuwanie uszu niemowlakom to najwięk­sze bar­barzyństwo, jakie można zro­bić – dzieci są nieświadome! Argu­menty typu: „jest małe, nie będzie pamię­tać, nie czuje bólu…” — totalnie do mnie nie trafi­ają. Wiem, jakie ryzyko może ze sobą nieść nieod­powied­nia pielę­gnacja i nieod­powied­nie zad­banie o miejsca przekłute, więc zostaw­ianie tego na głowie dzieci jest po prostu nieod­powiedzial­noś­cią rodz­iców. Gen­er­al­nie trzeba być zdrowym, żeby móc się przekłuć. Zawsze przed zabiegiem odbywa się roz­mowa, pytam o to, czy ktoś nie ma pewnych chorób związanych z ukła­dem krwionośnym, chorób przewlekłych, wirusów, czy jest po prostu w dobrym stanie fizy­cznym, ale i psy­chicznym. Uważam, że trzeba mieć jed­nak odpowied­nią dawkę zdrowego rozsądku, aby ponosić kon­sek­wencje swego wyboru (śmiech).

K.M. Czy spo­tykasz się z tym, że ludzie przekłuwają się sami lub z tym, że kolega/​koleżanka, przekłuwa kogoś w bardzo ama­tors­kich warunkach?

K.K. Kiedyś było tak, że z wszys­tkim tym, co było trud­niejsze niż prze­bi­cie uszu tudzież nosa, szło się do spec­jal­isty. Pojaw­ie­nie się wiedzy w Internecie ma plusy – pop­u­laryza­cję — ale także minusy – ludziom się wydaje, że po przeczy­ta­niu czegoś w sieci są wstanie zro­bić wszys­tko. Naj­gorszy trend, jaki się pojawił, to przekłuwa­jące się nawza­jem nas­to­latki. Teraz, jak zapy­tasz prze­cięt­nego pięt­nas­to­latka, kim chci­ałby zostać w przyszłości, odpowie, że piercerem lub tat­u­a­torem — bo to jest fajne. Według nich jest to fan­tasty­czny zawód, oni się tym jarają… Cały prob­lem polega na tym, że to jest ogromna odpowiedzial­ność za zdrowie, a nawet życie ludzkie. To są, tak naprawdę, lata doświad­czeń, zdoby­wanej wiedzy z zakresu anatomii, aler­gologii, dermatologii…

Bardzo wielu z moich klien­tów to ludzie, którzy przy­chodzą po pomoc w związku z zep­su­tym, źle goją­cym się, niepraw­idłowo wyko­nanym przekłu­ciem. Cza­sami są to przy­padki na tyle drasty­czne, że kończy się na inter­wenc­jach parachirur­gicznych, bo wchłonięty kol­czyk trzeba wyci­nać z ciała. Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się, że jak będę szerzyć taką „dobrą” wiedzę na por­ta­lach inter­ne­towych, w fachowych gaze­tach, na sem­i­nar­i­ach czy udziela­jąc wywiadów, to może coś się zmieni – nie, nie zmieniło się! Ludzie będą zawsze (śmiech). Oczy­wiś­cie jeżeli ktoś zgłosi się per­son­al­nie po pomoc, nie odmówię, ale nie mam już misji zbaw­ia­nia świata.

K.M: Jak długo pracu­jesz w tym zawodzie?

K.K: Minęło już 12 lat. Zaczy­nałam, jak uczyłam się do matury. Trafiłam do tego zawodu troszkę przy­pad­kowo, bo ktoś zep­suł mi prze­bi­cie i sama zaczęłam szukać wiedzy na ten temat. Potem w związku ze swoją pracą dyplo­mową byłam związana z pewnym studiem tat­u­ażu, a gdy pewnego dnia ich piercer zrezyg­nował nagle z pracy i zaist­ni­ała potrzeba znalezienia kogoś do stu­dia, kto będzie przekłuwał, to padło na mnie (śmiech). Miałam niesamow­itą okazję i szczęś­cie, że uczyłam się od osoby, która w tym zawodzie była jed­nym z pio­nierów w naszym kraju, przekazała mi swoje ówczesne doświad­czenia, dlat­ego ja miałam dużo łatwiej. Nie zaczy­nałam sama, nie uczyłam się na swoich klien­tach, ponieważ pewien zakres wiedzy został mi przekazany. Na kurs poszłam po dwóch lub trzech latach.

Gen­er­al­nie w Polsce ten zawód nie ist­nieje, nie jest objęty jakimkol­wiek pra­wodaw­st­wem. Miejsca, gdzie wykonuje się pierc­ing, w zależności od wojew­ództwa, są pod­cią­gane albo pod gabi­nety lekarskie, albo kos­me­ty­czne. Jest u nas tzw. wolna amerykanka. Na szczęś­cie branża sama się czyści i klaruje, zachowu­jąc pewien poziom. Ja zaj­muje się tylko przekłuwaniem i pod­wieszaniem, taka była moja droga, przeszłam kurs i cały czas sama starałam się posz­erzać swoje umiejęt­ności w tym zakre­sie, rozwi­jam się, doszkalam. Na wielu imprezach branżowych spo­tykamy się i wymieni­amy doświad­czeni­ami. Teraz cały czas staram się utrzy­mać ten poziom, który udało mi się osiągnąć i nie dać się młodym wilczkom (śmiech).

K.M: Wspom­ni­ałaś o pod­wiesza­niu… Wiem, że dzi­ałasz w grupie „pod­wiesza­czy”. Jak długo się tym zajmujesz?

K.K: Minęło 6 lat. Jesteśmy grupą ludzi, która wcześniej znała się z Inter­netu. Wiedzieliśmy kto jest kim, czym się zaj­muje, jakie ma doko­na­nia. Pojaw­iła się propozy­cja zor­ga­ni­zowa­nia pier­wszej „imprezy pod­wieszan­iowej” w Polsce, na którą został jako men­tor zapros­zony Håvve Fjell z grupy Pain Solu­tions. Jest orga­ni­za­torem tak naprawdę jedynej w Europie kon­wencji (odby­wa­jącej się w Oslo) doty­czącej tylko i wyłącznie pod­wiesza­nia. Ja i moi zna­jomi zostal­iśmy wtedy zaproszeni, aby się tego uczyć. W ciągu dwóch dni pod­wiesil­iśmy ponad 20 osób. Było nam łatwiej przeskoczyć do pod­wiesza­nia ciała, bo był to dla nas tak jakby przeskok o jeden poziom zawodowy. Nasza wiedza z zakresu mody­fikacji wystar­czyła, żeby w ten temat się wgryźć. Zaczęliśmy orga­ni­zować najpierw imprezy zamknięte, a potem, po lek­kich prze­ta­sowa­ni­ach per­son­al­nych, zaw­iązała się grupa, która ist­nieje do dziś.

Jest nas jede­naś­cie osób: trzy osoby zaj­mują się zakładaniem haków, dwie zaj­mują się pra­cami tech­nicznymi (kon­strukcje, zabez­piecze­nie sys­temu linek, kon­trola obciąże­nia itp.), są dwie osoby, które zaj­mują się pomocą medy­czną, a reszta to per­formerzy i pomoc­nicy. Robimy wspól­nie pokazy, per­for­mance 2 – 3 razy w roku można nas zobaczyć na kon­wen­tach tat­u­ażu. Robimy wtedy mocno tem­aty­czne show. Każdy pokaz jest inny, ma inny sce­nar­iusz, kostiumy, muzykę i pod­wieszanie. Pokazu­jemy to naprawdę sze­rok­iej pub­liczności, na ostat­nim kon­wen­cie widzi­ało nas przeszło 3 tysiące osób. Staramy się pokazać, czym dla nas jest sus­pen­sion i pokazać, jakie granice jest w stanie przekroczyć ludzkie ciało. Uważam, że w tej chwili jesteśmy grupą, która w Europie daje z siebie najwięcej.

K.M: Czy, żeby móc się pod­wiesić, trzeba mieć za sobą jakieś „próby bólu”? Trzeba znać i przekraczać swoją granicę bólu?

K.K: Nie, pod­wieszać może się każdy, pod warunk­iem, że będzie z nami szcz­ery, opowie o swoich wszel­kich dolegli­woś­ci­ach, ponieważ są też rzeczy, które wyk­luczają pod­wieszanie, np.: prob­lemy z krzepli­woś­cią krwi, prze­byte choroby zakaźné, prob­lemy z oczami – jaskra, zaćma, pewne urazu układu kostno-​ruchowego, skrzy­wienia krę­gosłupa. Poza tym wystar­czą tylko chęci. Jakiś czas temu zro­bil­iśmy jednod­niową imprezę, gdzie pod­wiesil­iśmy sie­dem osób i dla więk­szości z nich był to pier­wszy raz, dwie osoby pod­wieszały się wielokrot­nie i próbowały nowych pozy­cji. Sami również często pod­wieszamy się, w celu sprawdzenia nowych pozy­cji, sprawdzenia ile jesteśmy w stanie wytrzy­mać. Dla nas jest to także coś, co jakiś czas temu, fizy­cznie, nie mieś­ciło się w głowie. W tym roku pod­wiesil­iśmy na hakach za plecy 50-​kilogramową osobę. Miała haki założone w kolanach i do nich była pod­wies­zona druga osoba za plecy. De facto haki w ple­cach tej osoby wytrzy­mały ciężar ponad 120 kg. To jest dowód na to, że skóra ma niesamowite właściwości.

Oczy­wiś­cie pod­wiesza­niu towarzyszy również ból, ale ból jest tyko drogą do osiąg­nię­cia celu. Tak naprawdę, ilu pod­wies­zonych, tyle motywacji. Często pod­wieszanie jest myl­nie łączone z masochizmem. Jed­nak na kilka­set osób, które miałam w życiu okazję pod­wiesić, zaled­wie 2 – 3 osoby robiły to, bo czer­pały przy­jem­ność z odczuwanego bólu. Dla mnie było to udowod­nie­nie sobie, do czego zdolne jest moje ciało. Jeżeli ja mogę wisieć na hakach, to mogę wszys­tko. Jest to swois­tego rodzaju rytuał prze­jś­cia, jest to silne doświad­cze­nie emocjon­alne. U mnie wys­tąpiła niesamowita eufo­ria, wyrzut endorfin. Stan roze­dr­ga­nia emocjon­al­nego utrzymy­wał się jeszcze kilka dni pod pier­wszym pod­wiesze­niu. Ustaw­iło mi to pewne pri­o­ry­tety w życiu, zmieniło myśle­nie, punkt postrze­ga­nia pewnych problemów.

K.M: Czym jest dla Ciebie ból?

K.K: Ból jest dla mnie przykrym doświad­cze­niem. Gen­er­al­nie jestem zwolen­nikiem znieczuleń i uważam, że jeżeli możemy w jakiś sposób unikać niepotrzeb­nego bólu, to trzeba to robić. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to niech urodzi w szcz­erym polu, a zęby idzie wyry­wać u kowala. Ból jest tylko drogą do osiąg­nię­cia pewnych celów. Ja mam niski próg bólu i wiem, że gdy­bym była swoją klien­tką, byłabym tym naj­gorszym typem. Gdy zdarza mi się przekłuwać u zna­jomych, bo nie jestem sobie w stanie sama zro­bić wszys­tkiego przed lus­trem, bywa tak, że płaczę z bólu – ja, ta twarda laska od pod­wiesza­nia. Z drugiej strony jestem bardzo świadoma swo­jego ciała, każdej części, każdego mięś­nia, staram się mieć nad nim pełną kon­trolę. Wychodzę z założe­nia, że ciało mamy tylko jedno i należy je szanować. Staram się trak­tować swoje ciało z god­nym sza­cunkiem: zdrowo się odży­wiam, prowadzę higien­iczny tryb życia…

K.M: Czyli jesteś zaprzecze­niem teorii o tym, że ludzie, którzy mody­fikują swe ciała, nie mają do nich szacunku…

K.K: Tak, ja swoje ciało szanuję bardzo. Gdy czy­tam opinię, że przekłuwanie włas­nego ciała wiąże się z autode­strukcją, to trochę się uśmiecham, bo osoby, które znam, i które mody­fikują swe ciała, trak­tują je z sza­cunkiem. Często mody­fikacje są pow­iązane z czysto este­ty­cznymi deter­mi­nac­jami. Moja este­tyka mi się podoba i sądzę, że przez najbliższych kilka lat się nie zmieni. Często słyszę pytanie: „Co zro­bisz jak będziesz stara?” – będę taka sama, może bardziej kolorowa. Ja myślę, że już na ten moment zjawiska mody­fikacji są na tyle pop­u­larne, że jeżeli nastąpi ten mag­iczny okres i dożyję emery­tury, będę się wygrze­wać pod jakąś palmą, to wokół mnie będą tacy sami ludzie, podobni.

K.M.: Dziękuję za roz­mowę w imie­niu swoim i czytel­ników Bab­skiego Biel­ska. Życzę Ci emery­tury i palmy, i niech Twoja praca cały czas przynosi Ci tyle satys­fakcji, jak teraz!

Więcej infor­ma­cji o zawodowym życiu Kasi może­cie znaleźć tutaj:

face​book​.com/​m​i​s​s​v​e​n​f​l​o​n​p​i​e​rcing

hyp​notic​-tat​too​.pl


Dołącz do newslet­tera
Firmy dla Ciebie
  1. Malou
  2. Gabi­net Odnowy Bio­log­icznej „Farma Piękna”
  3. Katarzyna Anderka. Kos­me­tyki organ­iczne. Pro­gram skutecznego odkwasza­nia i odchudza­nia organizmu
Reklamy
Nasze Akcje

Partnerzy Babskiego Bielska

Organizatorki

Studio Mikstura
Redakcja Babskie Bielsko:
11 Listopada 60-62 (I piętro pok. 107)
43-300 Bielsko-Biała
Tel +48 33 810 68 79
Kom +48 793 070 286
Email:

Kontakt

Email: redakcja@babskiebielsko.pl

 

Projekt i Wykonanie: Cyber Sky

.